Tytuł: Gdyby ksiżki mogły zabijać
Autor: Kate Eberle
Wydawnictwo: Albatros
Gatunek: komedia kryminalna
Liczba stron: 464
Premiera: 23.09.2026 r.
Gdybyście mogli znaleźć się, w fabule jakiejś książki, to którą byście wybrali? Ja w zasadzie bez namysłu wybieram Bridget Jonas, ale tylko któryś z dwóch pierwszych tomów, ponieważ później autorka za bardzo skomplikowała jej życie. Choć kocham dreszczowce, to za nic nie chciałabym się znaleźć w jednym z nich. A to właśnie spotkało główną bohaterkę powieści „Gdyby książki mogły zabijać”.
Roxie ma swoją ulubioną pisarkę, sekretnie marzy o życiu takim, jakie mają wykreowane przez nią postacie. Niefortunnie w nieodpowiednim miejscu oraz czasie wypowiada życzenie, które się spełnia. Na jej nieszczęście autorka poczytnych romansów postanawia całkowicie zmienić styl i napisać kryminał. Kiedy zatem Roxie ucieka od adoratora, który zamiast ją pocałować, próbuje pozbawić ją życia i orientuje się, że wcale nie utknęła w historii miłosnej, jej życie jest zagrożone.
Komedie kryminalne są specyficzne. Trzeba je lubić i liczyć się z tym, że niekoniecznie ich akcja toczy się z sensem, więc jeśli ktoś lubi brutalne opisy oraz przerażające sceny, to tego nie dostanie. Tu można co najwyżej dostać potknięcia i przypadkowe uniki, bohaterów, którzy nie do końca rozumieją, co robią oraz zabawne dialogi. W przypadku tej historii jeszcze trochę magii.
Ta książka pokazała mi, w jaki sposób fikcja zaciera się z rzeczywistością, co dało mi do myślenia. Roxie do końca nie wie, co jest prawdziwe, a co jest wykreowane przez pisarkę, nie wie też, co ją będzie czekać w kolejnych rozdziałach. To trochę tak, jak z naszym życiem. Toczy się, dając nam to, co wymyślił dla nas los. Nie da się cofnąć czasu ani pominąć sceny. Do tego świat jest pełen oszustów, którzy tylko czyhają, by podejść nas, kiedy my łatwowiernie myślimy, że mamy do czynienia z kimś dobrym. Mam uczucie, jakbyśmy wszyscy tkwili w książce.
Co do samej historii, początek wydał mi się intrygujący, zakończenie też spełniło moje oczekiwania. Nie miałam pojęcia, jaki finał mogłaby mieć ta opowieść. Natomiast środek nieco mnie nużył. Uważam, że książka została nieco przegadana i zdecydowanie mogłaby być krótsza o sto stron. To, co podobało mi się najbardziej, to współpraca głównej bohaterki z Grantem – wykreowanym na ekscentrycznego, inteligentnego nerda. Ich przekomarzania wywoływały uśmiech na mojej twarzy.
Mimo kilku niedociągnięć była to dla mnie lekka i przyjemna odskocznia od bardziej poważnych pozycji. Autorka bawi się konwencją, puszcza oko do miłośników literatury i pokazuje, że czasem warto podejść do czytania z przymrużeniem oka. „Gdyby książki mogły zabijać” nie jest może historią, do której będę wracać, ale z pewnością dostarczyła mi kilku powodów do uśmiechu.
Post powstał przy współpracy z:


Intrygujący tytuł, recenzja świetna jak zawsze, ale komedia kryminalna to nie jest mój klimat czytelniczy.
OdpowiedzUsuń