Tytuł: Ostatnia żona
Autor: Jenny Blackhurst
Wydawnictwo: Albatros
Gatunek: thriller
Liczba stron: 321
Premiera: 6.05.2026 r.
Anna przyznaje się do zabicia męża. Sprawa wydaje się rozwiązana, jest ofiara, jest morderca, jest miejsce zbrodni i ślady, ale coś tu nie pasuje. Kogo kryje bohaterka? Dlaczego wytarła odciski palców, skoro nie uciekła, tylko wezwała odpowiednie służby? Dlaczego skłamała co do użytej butelki? Detektyw Rebbeca Dance jako jedyna dostrzega nieścisłości i mimo sceptycznego nastawienia kolegów z zespołu, postanawia rozwikłać tę zagadkę.
Uwielbiam książki Jenny Blackhurst, uważam, że jest jedną z najlepszych autorek thrillerów, ale tym razem coś w moim odczuciu poszło nie tak. Miałam wrażenie, że „Ostatnią żonę” napisał ktoś inny. Zupełnie nie dostrzegałam tu jej stylu, a na domiar złego bardzo się zmęczyłam podczas lektury. Dla mnie było za mało akcji, a za dużo niedorzeczności. Nawet zakończenie nie dało rady podciągnąć jakości całości.
Bohaterowie są przerysowani do granic możliwości. Luke jest doskonałym chirurgiem plastycznym. Ma wygląd i oczywiście pieniądze, przez co staje się atrakcyjny dla kobiet, które lgną do niego, jak muchy do miodu. On chce zaspakajać swoje żądze, one chcą pławić się w luksusie. Pierwsza żona nie potrafiła dobrze rozgryźć gry, w którą grał, ale druga nie odpuści, nawet jeśli dojście do celu oznaczałoby ofiary. Wyrwała się z życia, w którym liczył się każdy grosz i nie zamierzała do niego wracać.
Za mało się w tej powieści dzieje. Anna siedzi w areszcie, prowadzone jest dochodzenie, przeszłość delikatnie przeplata się z teraźniejszością. Poznajemy szczegóły z życia głównych bohaterów i to tyle. Dopiero zakończenie nabiera tempa, ale nie wbija w fotel. Mam wrażenie, że jest niedopracowane i dopisane na siłę. Wręcz pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że nie trzyma się kupy.
Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że był to thriller całkowicie pozbawiony potencjału, sam pomysł na fabułę naprawdę intryguje, a motyw pozornie oczywistej zbrodni, za którą kryje się coś więcej, zapowiadał się świetnie. Szkoda tylko, że wykonanie nie dorównało pomysłowi. Zabrakło mi napięcia, emocji i tego charakterystycznego dla Blackhurst klimatu, który zwykle sprawia, że trudno oderwać się od lektury. Tym razem zamiast dreszczyku emocji towarzyszyło mi głównie poczucie niedosytu. Mam nadzieję, że to jedynie chwilowy spadek formy autorki, bo po jej kolejne książki i tak sięgnę.
Post powstał przy współpracy z:

Zaciekawiła mnie ta książka.
OdpowiedzUsuń