Tytuł: To o czym nie mówimy
Autor: Elizabeth Strout
Wydawnictwo: Wielka Litera
Gatunek: literatura piękna
Liczba stron: 256
Premiera: 12.08.2026 r.
Artie jest nauczycielem historii, ma żonę oraz syna. Wiedzie zwyczajne życie. Lubi żeglować i wspierać innych. Jest pogodnym mężczyzną – na zewnątrz, ponieważ w środku czuje się samotny, dlatego ma plan, który skrzętnie obmyśla, jednak pewne zdarzenie na zawsze rujnuje jego plany.
Ta książka nie jest dla każdego. Ma zaledwie dwieście pięćdziesiąt stron, lecz przez formę, w jakiej została napisana, może niektórych nużyć. Tu nie ma szybkiej akcji, jest morze przemyśleń i skakanie z tematu na temat. Sięgając po „To o czym nie mówimy” wnikamy w głąb umysłu głównego bohatera, poznając to, czego nie widzą inni.
Autorka daje do myślenia, ukazując to jacy naprawdę jesteśmy. Myślę, że większość z nas wie, w mniejszym lub większym stopniu, jak to jest, gdy wśród bliskich jesteśmy duszą towarzystwa, sąsiedzi postrzegają nas jako życzliwe osoby, a w pracy mają nas za wesołych i wspierających ludzi, ale czy wszyscy oni zastanawiają się nad tym, jak zachowuje się dana osoba, gdy zostaje sama? Gdy będąc w domu, w końcu może ściągnąć maskę? Za tym wesołkiem, może kryć się samotna osoba, a za kimś o złotym sercu, ktoś, kto codziennie toczy walkę z depresją. Bądźmy dobrzy i mili, bo nie wiemy jaką bitwę toczy ktoś obok nas.
Czy podobała mi się ta książka? I tak, i nie. Jak już wyżej napisałam, przesłanie do mnie trafiło, jednak rozwlekłe opisy, wspomnienia, w kółko wałkowanie jednego tematu, to nie do końca mój typ książki, po którą sięgnęłabym w pierwszej kolejności. Najbardziej podobała mi się relacja Artiego z jego uczniami. Jest bardzo wspierającym nauczycielem, nic dziwnego, że nastolatki go lubią. Potępia dyskryminację i wyśmiewanie. Tacy ludzie powinni uczyć w szkołach. Najbardziej irytowała mnie natomiast jego żona. Niemal widziałam, jak przewraca oczami za każdym razem, gdy tylko Artie się odezwie. Bardziej interesuje ją własna osoba niż czyjeś perypetie, nawet jeśli chodzi o jej własnego męża.
Zakończenie mnie zaskoczyło, było szybkie, przewrotne i dosadne. Zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Poczułam, jakby autorka wylała na mnie wiadro wody. Czy mnie usatysfakcjonowało? Myślę, że tak, im bardziej pisarzowi udaje się mną wstrząsnąć, tym bardziej zadowolona jest moja czytelnicza dusza.
„To o czym nie mówimy” to książka, w której znajdziemy nutę humoru, lecz jest to dramat, który wymaga od czytelnika cierpliwości i skupienia, ale wynagradza je finałem, który trudno przewidzieć. Nie jest to lektura, którą można określić jako łatwą czy lekką, jednak właśnie jej nieoczywisty charakter sprawia, że po odłożeniu książki jeszcze przez chwilę o niej myślałam. Jeśli nie przeszkadza Wam spokojne tempo i bardziej refleksyjna forma, warto dać jej szansę.
Post powstał przy współpracy z:


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze z adresami do Waszych blogów nie będą publikowane. Wiem jak do Was trafić i nie musicie wklejać linków (chyba że chcecie mnie zirytować).